Read stories... / Czytaj bajki...

 

Polish  stories and  tales. Great  reading.

 

 

Przeczytaj bajki i opowiadania polskie.  Bajki przedrukowano z dodatku Gazety Wyborczej  E-dziecko. .

 

 

 

See other parts of the web page for more stories (ex: "corners)

 

 

 


 

O Sindbadzie i morskiej wróżce

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:41

Dawno, dawno temu był sobie chłopiec Sindbad, który uwielbiał słodycze. Na śniadanie jadł pączki, na obiad watę cukrową, a na kolację czekoladki. Aż pewnego dnia postanowił wyruszyć w podróż dookoła świata. Przyszedł na statek i odszukał kapitana.

- Dzień dobry! - zawołał - Jestem Sindbad. Chciałbym zostać żeglarzem!

- Dobrze - powiedział pan kapitan. - Wezmę cię na pokład, jeśli dasz radę podnieść marynarską linę.

Sindbad chwycił koniec liny i pociągnął z całej siły. Zrobił się czerwony i sapał głośno, ale lina nawet nie drgnęła.

- Niestety... - powiedział kapitan - Jesteś za mały i za słaby na marynarza.

Sindbad bardzo się zmartwił. Usiadł na kamieniu i zaczął płakać. Nagle morze zapieniło się jak szampon. Piany przybywało i przybywało, aż wreszcie wyszła z niej morska wróżka. Była zupełnie przezroczysta, a w jej brzuchu pływały kolorowe rybki.

- Czemu płaczesz, Sindbadzie? - spytała.

- Płaczę, bo nie potrafię podnieść marynarskiej liny - powiedział Sindbad.

- Nie martw się - pocieszyła go wróżka. - Podpowiem ci, co masz zrobić. Weź coś żółtego i coś brązowego, coś czerwonego i coś białego, coś zielonego i coś pomarańczowego. Zmieszaj to wszystko i przyrządź żeglarskie danie...

- Hura! - zawołał Sindbad.

Pobiegł do sklepu i kupił kilogram czerwonych cukierków, kilogram zielonych landrynek, białe lody i żółtą lemoniadę. Wszystko to wrzucił do garnka i wymieszał.

- Trochę za słodkie... - skrzywił się - Ale jak trzeba, to trzeba.

I zabrał się do jedzenia.

Potem pobiegł na statek i chwycił linę. Ciągnął i ciągnął, aż się przykleił.

- Chyba zjadłeś za dużo słodyczy - powiedział kapitan. Odkleił Sindbada od liny i poszedł przygotowywać okręt do drogi.

Chłopiec wrócił do sklepu i zaczął się zastanawiać:

- Czerwone są buraki, zielony jest por, ziemniaki są białe w środku, a żółta jest papryka!

Sindbad kupił wszystko, co trzeba. Zrobił pyszną zupę i zjadł ją ze smakiem. A na deser schrupał kolorową sałatkę. Od razu poczuł się silny jak słoń i pobiegł na statek. Ale okręt już odpłynął. Tylko jedna lina ciągnęła się po plaży.

- Zaczekajcie! - krzyknął Sindbad. Złapał za linę i przyciągnął statek do brzegu.

Pan kapitan wytrzeszczył oczy.

- Co to za siłacz?

- To ja, Sindbad! Zabierzcie mnie ze sobą.

- Oczywiście! - ucieszył się kapitan - Od dawna szukam takiego zucha.

Sindbad wszedł na pokład i pożeglował w świat. A morska wróżka tańczyła na falach i machała do niego przejrzystą ręką.
   

Bajka o aniele Rafaelu

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:41

Był sobie chłopiec Kuba. Mieszkał na dwunastym piętrze, naprzeciwko nieba. I był też anioł Rafael, który mieszkał w niebie, naprzeciwko Kubusiowego okna.

Kuba codziennie chodził do przedszkola, budował tam zamki z klocków, uczył się nowych piosenek, a czasem rysował kredkami. Anioł Rafael też był bardzo zajęty. Co rano brał duży pędzel i malował niebo na różowo i niebiesko. Potem układał chmury, żeby były piękne, a wieczorem malował horyzont w cudowne wzory.

Wieczorami, kiedy Kuba patrzył w okno przed snem, a Rafael pomalował już niebo na granatowo, poprzyklejał gwiazdy i mógł trochę odpocząć, rozmawiali sobie o różnych rzeczach. Rafael potrząsał potarganą głową (tam, w niebie, zawsze wiał silny wiatr i wszystkie anioły miały potargane włosy) i opowiadał Kubie o tym, co widział z góry. O statkach, o wyspach i o wielbłądach na pustyni. A Kuba opowiadał aniołowi, co robił w przedszkolu: jak pokłócił się z Paulinką, zbudował największą wieżę albo jak nie chciał jeść zupy z kalafiorem. Pewnego dnia Rafael zachorował. Może go przewiało, tam na górze, a może złapał jakiegoś gwiezdnego wirusa. W każdym razie wszystko go bolało i nie mógł malować. Tego dnia Kuba na szczęście nie poszedł do przedszkola, bo były ferie. Przyniósł Rafaelowi gorącą lipową herbatę w termosie i powiedział:

- Nie przejmuj się, zrobię wszystko za ciebie.

Wzięli z tatą dużą drabinę. Tata trzymał ją mocno, żeby się nie przewróciła, a Kuba wszedł na samą górę i pokolorował niebo. Wyszło mu bardzo ładnie. Wieczorem dostał od Rafaela puszkę ze złotą farbą i namalował gwiazdy. Kiedy skończył, zostało mu jeszcze trochę farby. Nie mógł się powstrzymać i namalował na niebie dużą koparkę. Była naprawdę piękna. Nazajutrz anioł czuł się znacznie lepiej. Podziękował Kubie i wrócił do pracy. I wszystko było jak dawniej. Tylko astronomowie całego świata bardzo się dziwili, widząc na niebie zupełnie nowy gwiazdozbiór w kształcie koparki. Następnej nocy gwiazdozbiór już się nie pojawił, ale i tak odnotowano jego istnienie we wszystkich mądrych książkach. Możecie go znaleźć pod hasłem: "Fenomen złotej koparki".


Bajka o aniołach czasu

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:42

Był sobie chłopiec Kuba, który miał bardzo zajętego tatę. Tatuś ciągle gdzieś się śpieszył.

Przepraszam! mówił Nie mogę się z tobą teraz bawić. Nie mam czasu.

Gdzie się podział cały jego czas? dziwił się chłopiec Muszę go odnaleźć.

Pewnego dnia spakował swój kolorowy plecaczek i wyruszył w podróż. Szedł bardzo długo, aż w końcu zobaczył żelazną wieżę. Na jej dachu kręciło się koło, takie jak rowerowe, tylko o wiele większe. A nad drzwiami wisiała tabliczka:

KOPALNIA CZASU

Zwiedzanie od 8.00 do 16.30

W małym okienku siedział jakiś pan. Był odwrócony do Kuby plecami. Na plecach miał wielkie skrzydła...

Przepraszam bardzo! zawołał chłopiec.

Nie ma zwiedzania mruknął pan, nie odwracając głowy. Proszę przyjść jutro.

Ala ja szukam czasu dla mojego taty.

A, rozumiem! zaśmiał się pan.

Odwrócił się i okazało się, że ma prawdziwy anielski uśmiech. Otworzył drzwi i wpuścił Kubę do środka.

O! przestraszył się chłopiec Czy to jest klatka na tygrysy?

Nie, to jest winda górnicza uśmiechnął się anioł. Trzymaj mnie mocno za rękę i niczego się nie bój.

Winda jechała w dół i w dół, i w dół... Migały światełka, podłoga się trzęsła i Kubie zdawało się, że już nigdy się nie zatrzymają...

ŁUBU-DU! rozległo się nagle.

Głębokość trzysta metrów! oznajmił anioł.

Włożył na głowę kask ze światełkami i podał Kubusiowi taki sam. Najpierw szli wąskim korytarzem, gdzie na ścianach wiły się kable i rury. Potem zrobiło się bardzo jasno i Kuba zobaczył wspaniałą jaskinię. To była jaskinia skarbów! Wszędzie, na ścianach, na suficie i nawet pod nogami, błyszczały kolorowe kryształy.

Witam nocną zmianę! zawołał anioł do pracujących przy ścianach kolegów.

Popatrz! powiedział do Kuby To są kryształy czasu. Jest tu czas na wszystko: na rozrzucanie zabawek i na zbieranie, na płakanie i na śmiech, na gadanie i na milczenie...

dla taty? przerwał mu Kuba Proszę, niech pan znajdzie coś dla taty!

Anioł wziął kilof i odrąbał od ściany wielki kryształ, granatowo - pomarańczowo - zielony w kropeczki. Kuba podziękował, pożegnał się ze wszystkimi aniołami i wyruszył w powrotną drogę. Chłopiec spieszył się i pędził ile sił w nogach. Zdążył akurat na kolację wigilijną.

Wszyscy chcieli ucałować i poprzytulać Kubę, bo okropnie się za nim stęsknili.

Poczekajcie! poprosił chłopiec Posłuchajcie! Mam tu prezent dla nas wszystkich, ale musi stać u taty na stole. Zgoda?

Oczywiście! powiedział tatuś. Uściskał synka i postawił kryształ na swoim biurku...

Od tej pory wszystko się zmieniło. Tata Kuby wcale się nie śpieszył, ale czasu wystarczało mu na wszystko. I na zabawę, i na pracę.

Powiedz, skąd wziąłeś ten kryształ? pytał synka Gdzie go znalazłeś?

Opowiem ci odpowiadał Kuba. Ale jeszcze nie teraz. Kiedy przyjdzie na to czas...

I uśmiechał się tajemniczo.

Bajka o białym Niedźwiadku

Zobacz powiekszenie

Natalia USENKO i Andrzej NIEDŹWIEDŹ 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:42

Był sobie biały niedźwiadek, który bardzo lubił zjeżdżać na sankach. Pewnego razu wszedł na wielką górę i ruszył w dół. Sanki zjeżdżały coraz szybciej i szybciej. I nagle - siu-u-up! Wjechały na bryłę lodu i poleciały razem z niedźwiadkiem!

Sanki frunęły bardzo wysoko, dookoła było pełno chmur. Niedźwiadek spojrzał w dół i zobaczył morze.

-Sanki, sanki - powiedział - zanieście mnie dalej!

I sanki wylądowały na żółtym piasku. Niedźwiadek zobaczył drzewa bananowe, małpę i żółwie i bardzo się zdziwił.

-A gdzie jest moja mama, biała niedźwiedzica? - spytał.

Małpa podrapała się w głowę i powiedziała:

-Nie wiem... Tu nie ma białych niedźwiedzi. Tu jest Afryka,

Niedźwiadek bardzo się zmartwił, ale przyszedł do niego duży żółw i powiedział:

-Nie martw się, misiu. Twoja mama jest tam, za morzem. Musisz do niej popłynąć.

-Masz rację - ucieszył się miś. - Zaraz zrobię łódkę!

Zerwał z drzewa wielki liść i zrobił z niego żagiel. Potem pożegnał się z żółwiem i z małpą, usiadł na swoich sankach i powiedział:

-Sanki, sanki, płyńcie do domu, do mamy!

I sanki popłynęły jak łódka.

-Poczekaj! - zawołała małpa i dała misiowi banany na drogę.

Niedźwiadek wrócił do domu i zdążył akurat na kolację.

-Nareszcie! - zawołała mama. - Gdzie byłeś, misiu?

-W Afryce! - powiedział niedźwiadek i opowiedział mamie, jak latał na sankach.

-Jesteś bardzo dzielny - powiedziała mama. - Ale następnym razem uważaj i nie zjeżdżaj z gór tak szybko!

A potem upiekła mu tort z bananami i zaprosiła dużo gości. I wszystkie niedźwiedzie i niedźwiadki bardzo się dziwiły, bo jeszcze nigdy nie widziały bananów.

Bajka o brzydkiej gąsienicy

Zobacz powiekszenie

Agnieszka GALICAa 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:44

Po wierzbowej gałązce maszerowała powoli - raz i dwa, raz i dwa - włochata gąsienica. Przyfrunęła na gałązkę biedronka:

- Ale potworny potwór! - zawołała przestraszona i odleciała.

Gąsienicy zrobiło się troszeczkę przykro, ale maszerowała dalej po gałązce - raz i dwa, raz i dwa. Przyleciała pszczoła. Obejrzała gąsienicę od nosa aż do ogona.

- No tak - bzyknęła - piękna to nie jesteś, ale potwór? Przesada.

A gąsienica powolutku maszerowała raz i dwa, raz i dwa, przesuwała się po gałązce. Po chwili na wierzbie wylądowała ważka podobna do małego helikoptera.

"Och, co za dziwne stworzenie" - pomyślała i zapytała:

- Jak się nazywasz, włochaty robaku?

Gąsienica z przerażenia zatrzymała się i postanowiła udawać, że jest gałązką. Po chwili do przerażonej gąsienicy podszedł ślimak, wydawało mu się, że to kawałek dziwnej gałązki i o mało co jej nie zadeptał wielką nogą.

- Co tu robisz? - spytał zdziwiony.

- Czekam - szepnęła gąsienica.

- Na co czekasz? - zaciekawił się ślimak.

- Czekam, żeby pofrunąć daleko.

- Pofrunąć! - ślimak zaczął się śmiać tak, że o mało nie zgubił muszelki - Ty chcesz pofrunąć? W tym grubym futrze? Bez skrzydeł? Możesz najwyżej spaść na ziemię, a wtedy znajdzie cię wrona i zje! - i ślimak śmiejąc się powędrował dalej. Zrobił się wieczór, gąsienica trzęsła się z zimna i ze strachu, przytulona do gałązki. Potem przyszła noc.

A nad ranem...

Czy wiesz, co biedronka, pszczoła, ważka i ślimak zobaczyli rano, gdy się obudzili?

Po gąsienicy nie było śladu, a na gałązce wierzby trzepotał się piękny kolorowy motyl. Prostował skrzydełka i szykował się do lotu.

Bajka o butach

Zobacz powiekszenie

Agnieszka GALICA 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:43

Czy wiesz, że nocą, kiedy jest ciemno i kiedy wszyscy już śpią, buty naradzają się w przedpokoju, dokąd pójść na wycieczkę.

- Idziemy potańczyć - mówią szpilki mamy.

- Nie - krzyczą inne buty. - Nie chcemy tańczyć!

- No to gdzie idziemy?

- Idziemy skakać po kałużach - wołają kalosze.

- O, nie, po kałużach nie - mówią klapki. - Najlepiej idźmy na spacer po trawie, albo po piasku - klap, klap.

- Lepiej, szur, szur, pochodzimy sobie po domu - szurają kapcie.

- Też mi spacer po domu. Najlepiej poskakać albo pograć w piłkę - piszczą tenisówki.

I tak kłócą się aż do rana, bo każde buty lubią chodzić gdzie indziej i nie mogą się nigdy wybrać razem na wycieczkę. Dlatego rano, gdy wszyscy wstają, znajdują swoje buty w przedpokoju. Czasami tylko mama się gniewa:

- Kto tak porozrzucał buty, czemu nie stoją porządnie?

Bo nie wie o tym, że co noc buty mają zamiar gdzieś wyjść, tylko nie mogą się dogadać, gdzie.

Bajka o dmucholudzie

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:42

Był sobie chłopczyk Michał, który bardzo lubił przygody. Pewnego dnia jechał rowerem przez lasy i łąki i nagle zobaczył wielką górę. Drzewa na tej górze wyglądały zupełnie jak włosy, a nad włosami latały muchy.

- Ho, ho! - powiedział Michał. - Czuję zapach przygody.

Zostawił rower pod drzewem i zaczął wspinać się na górę. Ale brudno było dookoła! Wszędzie pełno papierków, pajęczyn i muchomorów. Michał przedarł się przez zarośla i stanął na czyimś wielkim nosie.

- O rety! Przecież to jest śpiący wielkolud! - przestraszył się Michał.

W tym momencie wielkolud otworzył jedno oko i powiedział grubym głosem:

- Co to za mucha usiadła na moim nosie?

- Nie jestem muchą! - obraził się chłopak. - Jestem Michał!

Olbrzym otworzył drugie oko:

- A ja jestem dmucholudem i zaraz cię stąd zdmuchnę!

- Czemu jesteś taki nerwowy? - spytał Michał. - Czy coś cię boli?

- Nie! - ryknął olbrzym. - Swędzi mnie głowa! Męczą mnie muchy! O-o-o!

I zaczął drapać się tak, że ziemia zadrżała, a chmury kurzu zasłoniły słońce.

- Kiedy ostatni raz myłeś głowę? - spytał chłopczyk.

- Hm, hm... - zamruczał dmucholud. - To było całkiem niedawno. Sto albo dwieście lat temu...

- Wszystko jasne - powiedział Michał. - Zaczekaj na mnie. Zaraz tu wrócę.

Wsiadł na rower i pojechał do miasta, a w mieście znalazł największy sklep z szamponami.

- Dzień dobry - powiedział. - Chcę kupić szampon o zapachu leśnym, ale taki, który nie szczypie w oczy.

- Proszę bardzo - powiedział sprzedawca. - Chce pan jedną butelkę?

- Chcę jedną cysternę - powiedział chłopczyk.

Kiedy dmucholud zobaczył wielką cysternę z napisem SZAMPON, okropnie się przestraszył i spytał drżącym głosem:

- Czy to nie będzie szczypało w oczy?

Bajka o kocie i myszach

Zobacz powiekszenie

Agnieszka GALICA 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:41

Dawno, dawno temu, tak dawno, że nawet ja dobrze tego nie pamiętam, kot i myszy żyły sobie w wielkiej zgodzie. A nawet, powiem ci w sekrecie, kot był zaprzyjaźniony z myszami, bo jak tu się nie lubić, jeśli się jest takim podobnym zwierzątkiem.

Kot ma miękkie futerko i myszy też, kot ma cztery łapy i myszy też mają po cztery łapy, kot ma długi ogon i myszy też mają długie ogony, kot ma wąsy i myszy też mają wąsiki. Czasem nawet kot zastanawiał się, czy nie jest przypadkiem myszą, która za bardzo urosła. Bawili się razem w chowanego i śpiewali podczas zabawy:

- Uciekaj myszko do dziury, by cię nie złapał kot bury.

A gdy byli zmęczeni chowaniem się, grali razem w koci-łapci. Różnili się tylko w jednej, ale bardzo ważnej sprawie. Myszy nie lubiły chodzić wcześnie spać, czasem przez całą noc bawiły się, chrobotały, drapały, piszczały.

A kot? Niestety, kot był śpiochem, lubił ułożyć się wygodnie w ciepłym miejscu i pomrukując kocie kołysanki - zasnąć smacznie. Ale jak tu spać przy myszach, które stale hałasują! Pewnego dnia kot był bardzo, bardzo zmęczony, bo przez całą noc musiał grać w koci-łapci i bawić się w chowanego. Postanowił więc zdrzemnąć się na chwilkę.

- Bardzo was proszę - powiedział do myszy - Bądźcie przez godzinkę cichutko, a ja sobie pośpię.

- Dobrze - odpowiedziały myszy.

Kot ułożył się wygodnie i ledwo zamknął oczy, kiedy przyszła do niego na paluszkach pierwsza myszka i zapiszczała mu cichutko do ucha:

- Wygodnie ci?

- Mhm - zamruczał kot.

Po chwili, też na paluszkach, przydreptała druga i spytała: - Może dać ci poduszeczkę?

- Nie - zamruczał kot - już zasypiam.

A wtedy cichutko przybiegła trzecia i spytała:

- A może opowiedzieć ci bajeczkę o kotku, który siedział na płotku?

- Mrauuu! - parsknął kot, który nie mógł zasnąć - Dajcie mi spokój!

Myszy na chwilę usiadły cichutko obok niego i nic nie mówiły. Ale nie wytrzymały długo i już po chwili najciszej, jak tylko mogły, zaczęły popiskiwać:

- Śpisz? Śpisz? Czy już śpisz?

Kot zerwał się na cztery łapy, wygiął grzbiet i jak nie wrzaśnie:

- Dosyć tego, nie wytrzymam!

I rzucił się na myszy, a one ze strachu pochowały się do swoich norek. Od tej właśnie pory wszystkie myszy na całym świecie boją się kotów i chowają się przed nimi w malutkich mysich norkach, a wszystkie koty polują na myszy, które nie pozwalają im spokojnie spać.

Bajka o piłeczce

Zobacz powiekszenie

Katarzyna i Radosław JĘDRYS 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:43

Pewnego razu, wcale nie tak dawno temu, pewna mała istotka o imieniu Piłeczka znalazła dla siebie nowy domek.

Był miękki i wygodny jak poduszka. Piłeczce bardzo spodobał się nowy domek i została w nim. Wtuliła się w puszyste łóżeczko i zapadła w głęboki sen. Gdy tak spała i spała, wyrosły jej dwie rączki, dwie nóżki i śliczna główka. Nie mogła nazywać się Piłeczką, bo nie była już do niej podobna. Teraz była malutkim człowieczkiem. Kiedy Piłeczka zobaczyła w lusterku małego człowieczka, zdziwiona powiedziała:

- Czy to ja? Wyglądam inaczej, ale to mi się podoba! Jestem ładniejsza!

Ale teraz Piłeczka, która już nie była piłeczką, miała małe zmartwienie:

- Jak ja się będę nazywać? Przecież imię Piłeczka wcale do mnie nie pasuje!

Problem szybko został rozwiązany. Piłeczka, która już wcale nie była piłeczką, usłyszała rozmowę, dobiegającą jakby zza ściany domku:

- Tatusiu, połóż tutaj rękę i zobacz, jak nasz synek rozrabia.

- Rzeczywiście, Mamusiu! To nasz Mikołajek.

Teraz mały człowieczek już wiedział, że nie jest żadną Piłeczką.

- Ojej! To o mnie mówią! Jestem Mikołaj! Jestem synkiem! Ale kto to jest Tata i kim jest Mama? Muszę się tego koniecznie dowiedzieć!

I mały chłopczyk poczynił przygotowania do dalekiej podróży. Zaczął dużo jeść i gimnastykować się, a kiedy stał się większy i silniejszy, wyruszył w drogę w poszukiwaniu Mamy i Taty. Chłopiec szedł dolinami, przeciskał się przez góry, mijał rzeki i morza, aż w końcu dotarł do wielkiej bramy, która dzieliła dwa światy.

- To chyba tutaj znajdę Mamę i Tatę - pomyślał Mikołaj. - Muszę szybko przecisnąć się przez bramę! - zdecydował i tak też uczynił.

Gdy chłopczyk znalazł się po drugiej stronie bramy, bardzo się przestraszył i zaczął głośno płakać. Ale nie płakał długo, bo właśnie znalazł Tatusia i Mamusię, którzy też płakali. Płakali ze szczęścia, że mogą zobaczyć swojego synka, na którego bardzo długo czekali. Teraz Mikołajek zamieszkał z Mamusią i Tatusiem i bardzo się cieszył ze swojego nowego domku.


Bajka o uśmiechach

Zobacz powiekszenie

 Napisali Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:42

Pewnego ranka Kuba wybierał się na spacer.

- Weźmiesz ze sobą kanapki? - spytała mama.

- Nie - powiedział Kuba. - Są za ciężkie.

- To weź kilka uśmiechów - powiedziała mama. - Zawinę ci je w papier. Są leciutkie.

I mama włożyła Kubusiowi uśmiechy do kieszeni.

- Dziękuję! - powiedział Kuba i pobiegł na podwórko.

Przy piaskownicy siedział piesek Pucek i warczał jak traktor:

- R-r-r-r...

Dzieci bały się podejść do piasku.

- Masz, Pucku! - powiedział Kuba i dał pieskowi jeden z uśmiechów mamy. Pucek bardzo się ucieszył i więcej nie warczał.

Kuba chciał pozjeżdżać ze zjeżdżalni, ale siedział tam właśnie duży chłopak. Bawił się w czołg i nikogo nie wpuszczał.

- Masz! - powiedział Kuba i dał chłopakowi uśmiech.

- Ho, ho! Dziękuję - powiedział chłopak.

Zwolnił zjeżdżalnię i pobiegł się bawić z kolegami.

Kuba zjechał kilka razy i nagle zobaczył małą dziewczynkę, która płakała na schodach.

- Nie płacz! - powiedział Kuba.

Wyjął z kieszeni ostatni uśmiech, który dostał od mamy, i dał dziewczynce. Mała od razu przestała płakać.

- A dla mnie? A dla mnie? - zawołały dzieci ze wszystkich stron.

Kuba sprawdził w kieszeniach, ale nie zostało w nich nic. Bardzo się zmartwił i pobiegł do domu.

- Mamo! - zawołał. - Oddałem wszystkie twoje uśmiechy! I co ja teraz zrobię?

A mama przytuliła Kubę mocno i powiedziała:

- Nie martw się. Mam dla ciebie tyle uśmiechów, że starczy na sto lat. A może i na sto pięćdziesiąt!

Bajka o warzywnej wyspie

Zobacz powiekszenie

 Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:47

Był sobie chłopiec Sindbad, który bardzo lubił podróże. Pewnego razu płynął statkiem przez ocean. Okręt płynął wiele dni i nocy, aż w końcu marynarzom skończyły się zapasy jedzenia.

- Co robić? Jesteśmy głodni! - wołali.

- Wyciągnijcie z butów sznurowadła - powiedział kapitan. - Wrzućcie do garnka i zróbcie zupę!

Marynarze zrobili zupę ze swoich sznurowadeł, zjedli i położyli się spać. Ale następnego dnia znów zaczęli wołać:

- Co mamy robić? Jesteśmy bardzo głodni!

- Zdejmijcie buty! - rozkazał kapitan. - Pokrójcie na kawałki i usmażcie na patelni. Będą z nich świetne kotlety.

Marynarze usmażyli buty i zjedli, ale następnego dnia krzyczeli jeszcze głośniej:

- Umieramy z głodu!

- Zdejmijcie skarpetki i zróbcie z nich kompot - powiedział kapitan.

- Nic z tego! - rozzłościli się marynarze. - Sam jedz swoje skarpetki!

Chcieli złapać kapitana i wrzucić do garnka, bo z głodu zupełnie stracili rozum.

Tylko Sindbad zachowywał się jak prawdziwy żeglarz. Przez cały czas patrzył na ocean i nagle zawołał:

- Wyspa na horyzoncie!!!

Marynarze natychmiast odzyskali rozum, postawili żagle i wkrótce statek podpłynął do wyspy.

- Sindbadzie - powiedział kapitan - jesteś najdzielniejszy z nas wszystkich. Zejdź na ląd i przynieś nam coś do jedzenia.

- Tak jest, kapitanie! - powiedział chłopiec.

Ale ledwie postawił nogę na piasku, zobaczył coś niezwykłego: pod najbliższym drzewem stało kilka garnków z gorącą zupą. Sindbad podbiegł do nich, i nagle garnki podskoczyły i zaczęły uciekać na krótkich różowych nóżkach.

"Dziwne rzeczy - pomyślał chłopiec. - Muszę złapać chociaż jeden".

Wziął łopatę, wykopał pod drzewem dół i przykrył go liśćmi. A sam schował się za szalupą. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy do pułapki wpadł wielki garnek z pyszną warzywną zupą. Sindbad przywiózł zdobycz na statek i nakarmił wszystkich marynarzy. To była wspaniała uczta! Ale najdziwniejsze było to, że w czarodziejskim garnku zupa nigdy się nie kończyła! I do tej pory nikt nie może zrozumieć, dlaczego...


Bajka o wyrzuconej mamie
Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:41

Był sobie Piotrek. Mieszkał z mamą w bardzo małym mieszkaniu i uwielbiał budować z klocków różne rzeczy. Pewnego dnia zbudował na tapczanie ogromne miasto. Były tam domy, garaże, lotnisko, a nawet wieża z zegarem!

Chłopiec był bardzo dumny ze swojego dzieła.

- Mamo, chodź! - zawołał głośno - Coś ci pokażę!

Mama weszła do pokoju i złapała się za głowę.

- Piotruś! - zawołała - To bardzo piękne miasto, ale kto to wszystko posprząta? Jest już późno, ledwie trzymam się na nogach!

- Nie chcę tego sprzątać! - krzyknął Piotrek.

- No to znowu będę musiała to zrobić za ciebie - westchnęła mama.

I jednym ruchem zgarnęła dwa domy z klocków i wieżę z zegarem. Piotrek tak się rozzłościł, że rzucił się na nią z pięściami.

- Nie ruszaj! Tu będą spać moje zabawki!

- A ja? - spytała mama - Gdzie ja mam spać? Przecież dla mnie tu nie ma miejsca!

- Możesz mieszkać na śmietniku! - wrzasnął chłopiec.

- Tego już za wiele! - powiedziała mama stanowczo - Podejdź do mnie! Musimy porozmawiać.

Piotrek podszedł.

- Wyrzucasz mnie na śmietnik, tak? - zapytała mama.

- No... chyba tak.

- I jak myślisz, będzie mi tam dobrze czy okropnie i smutno?

- Smutno... - wymamrotał Piotrek.

- A nad ranem wepchną mnie do śmieciary i zawiozą daleko, daleko. Na wysypisko. I wrzucą do głębokiego rowu...

- Nie! - krzyknął chłopczyk, wycierając łzy rękawem - Nie chcę, żebyś mieszkała na wysypisku. Chcę, żebyś została ze mną!

Objął mamę za szyję i przytulił bardzo mocno.

- Przepraszam... - wymamrotał - Zaraz wszystko posprzątam.

Wyciągnął skrzynię na zabawki i zaczął wrzucać do niej klocki, pluszowe misie, samochodziki.

- Śpijcie sobie pod ścianą! - powiedział. - I bądźcie cicho, moja mama jest zmęczona!

- To prawda - uśmiechnęła się mama. - Ale mam jeszcze troszkę siły i mogę ci pomóc.

I razem posprzątali wszystko raz dwa!

Bajka o zielonej kredce

Zobacz powiekszenie

Agnieszka GALICA 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:43

Pewnego dnia, bardzo wcześnie rano, kiedy wszyscy jeszcze spali, w małym pudełku spały także kolorowe kredki.

Spała kredka niebieska, której śniło się niebo, spała kredka pomarańczowa i śniły jej się pomarańcze, żółtej kredce przyśniła się żółta cytryna, a zielonej kredce nic się nie śniło, bo właśnie się obudziła. Przeciągnęła się, ziewnęła i cichutko wyszła z pudełka. Rozejrzała się zielona kredka dookoła i zobaczyła, że wszyscy jeszcze śpią.

- Zrobię im niespodziankę i narysuję coś ślicznego - mruknęła i szur-szur-szur, narysowała wielkiego, puszystego, zielonego kota.

- Pobudka! - zawołała zielona kredka. - Pobudka, zobaczcie, co wam narysowałam!

Zaspane kredki wstawały powoli, ziewały, przecierały oczy ze zdumienia i... nagle wszystkie zaczęły się śmiać:

- Co to za kot, zielony kot, kto to widział zielonego kota!

Zielona kredka jeszcze bardziej pozieleniała ze złości:

- Co wam się nie podoba? Czy kot nie jest piękny? Ma sterczące uszy, długi ogonek i puszyste futerko.

- Tak, ale kot nie może być zielony - powiedziały kredki.

Zielona kredka była bardzo zasmucona.

- Tak się starałam, a wam się nie podoba.

- Nie martw się, ty możesz narysować piękną, zieloną trawę i zielone listki, i zielony las, i zielony ogórek, i...

Ale zielona kredka już nie słuchała, zabrała się szybko do roboty i narysowała - wiesz co? - narysowała zieloną żabkę.

Bajka o zwierzątku zwanym osiołkiem

Zobacz powiekszenie

Agnieszka GALICA 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:43

Pewnego słonecznego dnia na zielonej łące zjawiło się śliczne i wesołe zwierzątko. Zgrabnie skakało po trawie i wesoło biegało po łące. Nasze wesołe zwierzątko doszło wreszcie do podwórka, gdzie mieszkały kury z kogutem i pies Bryś.

- Hau - zaszczekał Bryś - jak się masz?

A wesołe zwierzątko odpowiedziało:

- I-ja, dzień dobry.

- Jak się nazywasz? - zapytał Bryś.

- I-ja, zapomniałem - zawołało wesoło zwierzątko.

- To jest pewno mały konik - zagdakały kury. - Ma cztery nogi, ogon, biega i skacze, to na pewno jest mały konik.

- Nie, koń nie ma takich długich uszu - zapiał kogut. - Długie uszy mają zające - on na pewno jest zającem.

- Czy kto widział zająca z takimi kopytkami? Zając nie ma kopytek - powiedział poważnie Bryś. - Może on jest kozą?

- Ależ skąd, koza ma rogi, a on rogów nie ma, to nie jest koza.

Tymczasem zwierzątko podskakiwało wesoło i rozglądało się po podwórku. Zwierzęta naradzały się między sobą, ale nie mogły zgadnąć, co to za zwierzę - nie jest ani kozą, ani konikiem, ani zającem - kto to może być?

I właśnie wtedy usłyszały z daleka wołanie grubym głosem:

- I-ja, i-ja.

Wesołe zwierzątko też to usłyszało i pobiegło ile sił w nogach.

- No i nie dowiemy się, kto to był - zamruczał pies.

Ale właśnie wtedy zwierzątko wróciło i wesoło zawołało:

- Spytałem mamę i już wiem, jak się nazywam: jestem osiołkiem.

- Osiołek! - zawołały zwierzęta. - Więc tak wygląda osiołek: cztery nóżki z kopytkami, mały ogonek i wielkie uszy.

To jest właśnie osiołek!

Klucz z nieba

Zobacz powiekszenie

 Andrzej NIEDŹWIEDŹ 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:42

Był sobie chłopiec Mateusz, który bardzo chciał mieć własne klucze. Jego mama miała pięć kluczy, dziadek trzy, a tata tyle, że trudno było policzyć.

-Proszę, podzielcie się ze mną! - prosił chłopczyk.

Ale rodzice nie chcieli się dzielić. Mówili, że jest jeszcze za mały, żeby mieć własne klucze. Pewnego dnia Mateusz szedł z mamą przez podwórko. Zaczynał padać deszcz, więc mama wyciągnęła z torby parasolkę.

-Co za paskudztwo! - mamrotała, próbując ją otworzyć - Jak to się otwiera?

Mateusz patrzył na spadające krople i nagle usłyszał dziwny dźwięk.

DZYŃ!

Na chodnik, prosto pod jego nogi, spadł mały srebrny klucz. Chłopiec rozejrzał się, ale nie zobaczył nikogo prócz mamy, która walczyła z parasolką.

"Pewnie to jest klucz od parasolki!" domyślił się Mateusz. Podniósł go z ziemi i dotknął zepsutego sprzętu.

-Nie wygłupiaj się - skrzywiła się mama, ale w tej samej chwili parasolka się otworzyła.

Mama ucieszyła się tak, że pozwoliła synkowi zachować srebrny kluczyk. Szli dalej wzdłuż parkingu i nagle zobaczyli sąsiada, pana Henryka, który walił pięścią w drzwi swojego samochodu.

-Znowu zatrzasnęły mi się klucze! - zawołał - Nie wytrzymam, zaraz rozwalę tego grata!

Mateusz wyciągnął z kieszeni swój klucz i niezauważalnie dotknął nim zatrzaśniętego zamka.

-Nie do wiary! - zawołał pan Henryk, otwierając drzwiczki - Jak to się stało?

Chłopiec nie zdążył wytłumaczyć, bo mama pociągnęła go za rękę. Wbiegli do klatki schodowej i zaczęli wchodzić na górę. Wchodząc po schodach, Mateusz otwierał po kolei wszystkie drzwi i życzył sąsiadom miłego dnia, zdrowia, a czasem pysznej kolacji.

-Czy w tym domu nikt się nie zamyka? - dziwiła się mama. Ale chłopiec już się domyślił, o co chodzi. Po prostu miał teraz klucz, który otwierał wszystkie zamki.

Wieczorem schował go pod poduszkę. Leżał w ciemnym pokoju i marzył o tym, jak będzie chodził po ulicach i otwierał drzwi i furtki. Wszyscy się ze sobą zaprzyjaźnią, będą się bawić...

- Łubu-du! - zagrzmiało nagle.

Błysnęło światło i Mateusz okropnie się przestraszył. Na poręczy jego łóżka siedział wysoki pan ze skrzydłami.

-Nie bój się! - powiedział tajemniczy gość - Nie jestem zły! Mam na imię Piotr i jestem aniołem, strażnikiem bramy. Dzisiaj podczas deszczu zgubiłem swój klucz i nikt nie może wejść do raju. Całe szczęście, że to ty go znalazłeś, a nie jakiś złodziej!

Mateusz wyciągnął spod poduszki swój skarb. Miał taką zmartwioną minę, że aniołowi zrobiło się go żal.

-Chciałbym ci dać jakiś prezent - powiedział. - Co chciałbyś dostać?
Chcę mieć taki klucz jak ty - westchnął chłopiec.

-To niemożliwe - powiedział anioł. - Nikt nie potrafi go dorobić.

-Dlaczego? - zdziwił się Mateusz - Mój tata wszystko potrafi! Może dorobić taki klucz z zamkniętymi oczami...

I zanim anioł zdążył odpowiedzieć, pobiegł do pokoju rodziców i szepnął tatusiowi do ucha:

-Proszę, zrób mi klucz, taki sam jak ten. Tylko się nie obudź!

Śpiący tatuś wygramolił się z pościeli i nie otwierając oczu podreptał do warsztatu. W mgnieniu oka dorobił drugi klucz, wrócił do łóżka i spał dalej.

-Nigdy czegoś takiego nie widziałem! - zdziwił się anioł - Ale wiesz, ten klucz nie będzie mógł otwierać wszystkich zamków.

-Nie szkodzi - powiedział chłopiec. - Najważniejsze, że będę go miał!

-Już wiem! - zawołał anioł - Twój klucz będzie pasował do skrzynki pocztowej. A ja będę ci przysyłał niewidzialne listy! Nikt oprócz ciebie ich nie zobaczy. Zgoda?

Oczywiście, że Mateusz się zgodził! Chłopiec i anioł porozmawiali jeszcze przez chwilę, a potem pożegnali się jak starzy przyjaciele.

-Jeszcze się zobaczymy! - zawołał anioł. I zniknął.

Od tej pory Mateusz pierwszy otwiera skrzynkę na listy.

I zawsze bardzo się cieszy, chociaż nikt nie może zrozumieć, dlaczego...


Kuba i bestia

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:42

Był sobie wielki pies Pucek. Oczy miał jak talerze, uszy jak prześcieradła, a ogon jak duże drzewo. Wyglądał jak bestia.

- Ho, ho! - śmiał się. - Wszyscy się mnie boją! Jestem najstraszniejszym psem na świecie!

I poszedł na spacer. Po drodze spotkał pana listonosza.

- Hau!!! - powiedział.

Pan listonosz rzucił listy i uciekł jak zając. A Pucek poszedł do parku i spotkał tam pana z lodami.

- Hau!!! - powiedział.

Pan rzucił lody i uciekł do domu.

- Ho, ho! - zaśmiał się Pucek. Zjadł lody i poszedł straszyć dzieci w piaskownicy. Ale nie wiedział, że bawi się tam Kuba, największy krzykacz w całej okolicy. Ledwie Pucek zdążył otworzyć pysk, Kuba krzyknął z całej siły:

- Uciekaj, Pucku! Do budy!

Pucek tak się przestraszył, że wlazł do garażu. Tylko ogon mu się nie zmieścił! Siedział tam i drżał tak, że aż dach podskakiwał. Wtedy przyjechał samochodem pan kierowca. Chciał wjechać do garażu, ale garaż był zajęty. Pan kierowca przestraszył się i zadzwonił na policję.

- Halo, halo! Policja? Jakiś kudłaty bandyta wlazł do mojego garażu i nie chce wyjść! Proszę przysłać dużą ciężarówkę! Ciężarówka próbowała wyciągnąć Pucka, ale on nawet nie drgnął! Wtedy policjanci sprowadzili helikopter. Helikopter ciągnął z całej siły, ale Pucek nie ruszył się z miejsca!

- Hej! - zawołał pan kierowca. - Czy jest tu gdzieś Kuba, największy krzykacz w okolicy?

Kuba usłyszał i przyszedł.

- O co chodzi? - spytał.

- Ten pies nie chce wyjść z mojego garażu - poskarżył się pan kierowca.

Kuba podszedł do Pucka i szepnął:

- Pucku! Jak obiecasz, że nie będziesz nikogo straszył, to nie będę na ciebie krzyczał.

- Obiecuję, obiecuję! - powiedział Pucek - Przecież ja nie chciałem nikogo skrzywdzić!

Wylazł z garażu i od tej pory jest bardzo grzeczny. Szczeka tylko na duże ciężarówki i helikoptery.


Kuba i krecik

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:43

Pewnego razu Kuba poszedł na spacer na łąkę. I zobaczył małą górkę z ziemi. A na górce siedział krecik z łopatką i płakał.

- Dzień dobry! - powiedział kret. - Ja mieszkam pod ziemią. Mam bardzo ładny dom i dużo korytarzy. Ale wszędzie jest ciemno! Bo pod ziemią nie ma słońca ani księżyca, ani gwiazd!

Kuba pogłaskał go po pyszczku i powiedział:

- Nie martw się! Zaraz coś wymyślimy.

I zabrał krecika do sklepu.

- Dzień dobry! - powiedział do pana sprzedawcy. - Poproszę lampę i dużą latarkę.

Kuba dał krecikowi lampę i latarkę i powiedział:

- Masz, kreciku! Lampę postaw przy łóżku. Będzie ci przyjemnie czytać książkę i kłaść się spać. A kiedy będziesz kopał korytarz, to włącz latarkę!

- Dziękuję! - zawołał krecik. I zaczął tańczyć i śpiewać z radości. A potem powiedział:

- Muszę już wracać do domu, bo jest późno. Ale przyjdź do mnie jutro. Będziemy się bawić samochodami. I pić sok, i zajadać rodzynki!

- Dobrze! - ucieszył się Kuba. - To pa!

- Pa! - powiedział krecik i wrócił do swojego domku pod ziemią. A Kuba poszedł do łóżka, bo był bardzo zmęczony. I zasnął.

Wilczek i leśny dentysta

Zobacz powiekszenie

Andrzej NIEDŹWIEDŹ i Natalia USENKO 11-02-2003, ostatnia aktualizacja 11-02-2003 17:41

Był sobie mały wilczek, który nie lubił czyścić zębów. Każdego ranka mama wilczyca mówiła:

- Synku, umyj zęby, bo będą cię bolały.

- Zaraz, zaraz! - odpowiadał wilczek i uciekał do lasu tak, że aż się za nim kurzyło.

Wieczorem wracał do domu brudny i szczęśliwy.

- Kochanie, wyczyść zęby - prosiła mama.

- Dobrze, tylko najpierw zjem kolację - mówił wilczek.

Połykał górę naleśników z konfiturami, a potem - hops! - wskakiwał pod kołderkę i udawał, że śpi. Mama bardzo się martwiła, ale zupełnie nie wiedziała, co ma zrobić... Aż wreszcie pewnego dnia wilczka rozbolały zęby. Biedak siedział w ciemnym kącie i płakał.

- Musimy iść do leśnego dentysty - powiedziała mama. - Tylko on może ci pomóc!

Dzięcioł, leśny doktor, mieszkał w dziupli starego drzewa.

- Proszę otworzyć pysk! - powiedział do wilczka.

Zajrzał do środka i zawołał:

- O rety! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem!

Wilczek miał w zębach ogromne, czarne dziury, a w nich mnóstwo różnych rzeczy! Było tam stado bakterii, kępki trawy, resztki jedzenia, mech i nawet kawałki starej kosiarki... Dzięcioł wziął swoje narzędzia i zabrał się do roboty. Oczyścił starannie zęby: wyciągnął z wilczej paszczy wszystkie śmiecie, powyrywał trawę, wyskubał mech i przegonił bakterie.

Potem zrobił specjalną masę, podobną do białej plasteliny, i zakleił nią dziury.

- Uf, skończyłem... - leśny doktor ze zmęczenia ledwie trzymał się na nogach.

- Nie będą mnie więcej bolały zęby? - spytał wilczek.

- Nie - odparł doktor. - Pod warunkiem, że będziesz je codziennie czyścił.

- Będę! - obiecał wilczek i rzeczywiście, od tej pory szoruje zęby rano i wieczorem, a czasami nawet w środku dnia, po jedzeniu. Ma największą kolekcję szczoteczek w całym lesie. A do leśnego dentysty przychodzi tylko wiosną i jesienią, żeby pokazać mu swoje piękne, ostre jak szpilki zębiska.


©2004 The Polish School of  Sydney Incorporated